
Choć bazują na tych samych mapach, to jednak jest spora różnica między korzystaniem z aplikacji nawigacyjnej Waze i Google Maps. Jako wieloletni użytkownik tej drugiej, przeszedłem na Waze i nie planuję powrotu do usługi Google. Dlaczego? Oto kilka powodów.
Jest to oczywiście rzecz gustu, natomiast Waze ma dla mnie zasadniczą zaletę: prowadzi tak, że praktycznie nie muszę zerkać na ekran nawigacji. Komunikaty głosowe są super precyzyjne, czasami aż do przesady (co początkowo irytuje), natomiast rzeczywiście nie zdarza mi się pomylić zjazd z ronda czy z autostrady, co w przypadku Google Maps było na porządku dziennym.
Funkcja tras dynamicznych to złoto, zwłaszcza podróżując po Europie. Waze dużo lepiej radzi sobie z omijaniem korków, natomiast trzeba mieć na uwadze, że czasami wyznacza trasę drogami niskiej kategorii, co może być problematyczne dla osób podróżujących np. z przyczepą kempingową.
Wielką wartością Waze są użytkownicy tej aplikacji, którzy na bieżąco i obficie dzielą się informacjami o sytuacji na drodze. Dzięki temu Waze o wiele szybciej informuje np. o kolizjach, korkach czy leżących przedmiotach niż Google Maps.
Tym, co najbardziej irytowało mnie w Google Maps była wybiórczość w ostrzeganiu o fotoradarach czy kontrolach drogowych. Waze robi to znacznie lepiej, w porę powiadamiając o ryzyku znalezienia się w obiektywie policji czy innych służb kontrolujących prędkość. To nieoceniona zaleta poza granicami naszego kraju, gdzie fotoradary bywają dosłownie ukrywane w krzakach.